[szalony POP/gram w grę] 10 uwag i komentarzy do „Wiedźmin 3: Dziki Gon”

Od ponad roku wszyscy, którzy mnie znają i kochają mogą zaobserwować przedziwne zjawisko dryfowania moich myśli i skojarzeń w stronę prozy A. Sapkowskiego i oczywiście Witchera 3. Przepraszam. To był najbardziej wiedźmiński rok w moim życiu. Najpierw napisałam magisterkę z padem w drugiej ręce, potem wracałam z pracy myśląc o czekających na mnie zleceniach, a następnie spędziłam wakacje w Toussaint. Ale nic to… warto było! Przed Wami 10 szalonych uwag stanowiących pokłosie dwukrotnego przejścia Witchera 3 i wielu godzin spędzonych przed konsolą (z przymrużeniem oka):

Uwaga spoilery!

  1. Mam problem z ogarnięciem fabuły: niby wiem co się działo z Ciri  i tak dalej, ale pewne rzeczy mi umykają. Moja droga z Geraltem była prosta: Biały Sad, Wyzima, Velen, Novigrad, Skellige, a Cirilla? Ona miota się po tym świecie, jak wściekły pies. No i, czemu nie mogła wysłać listu do Geralta? Krótkiej notki w stylu: „Ściga mnie Dziki Gon, nie możemy się spotkać, ale naszym łącznikiem będzie Jaskier/Triss/ dziewczyna z karczmy.” Bum!
    To wszystko, przypomina mi tragiczną sytuację z powieści, kiedy to Ciri myśląc o Geralcie trafia w sam środek śnieżnego pustkowia i dochodzi do wniosku, że to niemożliwe, by on też tam był. A niebawem kompania wiedźmina znajduje jej samotne ślady na śniegu… ale ona jest już w zupełnie innym miejscu. 
  2. Naprawdę uwierzyłam w śmierć Ciri, zarówno na Wyspie Mgieł, jak i pod koniec gry.
  3. Jak ktoś kto nie czytał książki ma ogarnąć sytuacje w łaźni na Skellige? Cirilla rozebrana do goła, z różą wytatuowaną na udzie, może wyznać, że woli kobiety… Jak taki potencjalny gracz z Europy Zachodniej, który nawet nie wie, że Witcher to polska produkcja, rozumie tą sytuację? Niezwykle hermetyczny fragment.
  4. Nadal nie znoszę Jaskra. Szukanie go i ratowanie jest najbardziej irytującym fragmentem gry. 
  5. Dopiero grając w Witchera 3 pojęłam istotę opowiadania „Ostatnie życzenie”. Myślę, że gdyby nie pieśń Priscilli (co za koszmarne imię!) oraz odpowiednia misja (w czasie, której możemy niejako zmierzyć się z siłą uczucia Geralta do/i Yen) nadal żyłabym w błogiej nieświadomości. No cóż.
  6. Moją ulubioną częścią gry jest ta mająca miejsce w Kaer Morhen (musiałam sprawdzić jak to się pisze).
  7. Czarodziejki są koszmarne. Zawsze były. Sapkowski tak bardzo próbował je zróżnicować w swojej prozie, ale dopiero z perspektywy czasu widzę, że wcale mu się to nie udało, a REDzi zasypali trupa. Triss miała być dziewczęca, taka trochę starsza siostra, ale już w pierwszej części gry zrobili z niej drugą Yeneffer i musieli to pociągnąć. Także wybór jest… żaden. Mamy wiecznie niezadowoloną Yen („Spodziewałam się ciebie wcześniej”) i wiecznie rozchichotaną/ pseudozaradną Triss („Geralt, pocałuj mnie przy fontannie i fajerwerkach”), a wszystko sprowadza się do tego, że każą mu się przebierać. No i jest jeszcze Keira („Przynieś, podaj, pozamiataj”), która go oczywiście wykorzystuje i Filippa („Jak to jest z tobą, Triss, Yen i Ciri… i Avallac’hem?”), która jest po prostu niemiła. 
  8. Za pierwszym razem: walczyłam z Keirą, nie wzięłam udziału w spisku przeciwko Radowidowi, wybrałam Yen, Ciri została wiedźminką.
  9. Za drugim razem: przekonałam Keirę, żeby udała się do Kaer Morhen, wzięłam udział w spisku i opowiedziałam się po stronie Roche’a, nie wybrałam żadnej z czarodziejek i postarałam się, by Ciri została cesarzową Nilfgaardu.
  10. Uważam, że zakończenia powszechnie uznawane za dobre, zarówno w podstawie jak i w „Krwi i winie” są bardzo płytkie, proste i niesatysfakcjonujące. 
    Zwłaszcza kiedy pomyślę o tym, że Ciri mogła zostać wiedźminką i konać w błocie od ran zadanych przez jakieś potworzysko. 
Reklamy

[recenzja] „Łaska” Anny Kańtoch

„Łaska” Anny Kańtoch była powieścią, na którą czekałam odkąd tylko autorka na swoim blogu zapowiedziała jej premierę. Nie ukrywam, że w owym „pierwszym pozbawionym fantastyki tekście” pokładałam wielkie nadzieje. Tym samym weźcie poprawkę na zawyżone wymagania względem tego utworu – nie w każdym aspekcie autorce udało się sprostać moim wyobrażeniom (co oczywiście jest tylko i wyłącznie moją winą).

laska_front

źródło: czarne.com.pl

Niewątpliwym plusem powieści są barwnie (szaro, szarzej, najszarzej, czarno) opisane realia małego, dolnośląskiego miasteczka z początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Na każdym kroku czuć PRL, a dla kogoś kto tak jak ja dorastał już po ’89, ważny jest każdy szczegół budujący otoczenie. Z drugiej strony autorka nie sili się na pokazanie czytelnikowi, „jak strasznie było wtedy i jak cudownie jest dzisiaj” – pewne elementy polskiego krajobrazu nigdy nie uległy zmianie. Ludzie się nie zmienili. Życie małych miasteczek i blokowisk toczy się tym samym rytmem. Rodzice za nic mają swoje dzieci a one odpłacają im tym samy. Nauczyciele chodzą napędzani ostatkiem sił (jednak zawsze znajdują czas i energię na plotki) a młodzież nic innego nie robi tylko kombinuje jak wpaść w tarapaty. To zwyczajne, ale barwne życie w sposób perfekcyjny udało się oddać autorce w toku powieści.

Jednak mimo mnogości charakterów, mimo całego nasycenia szczegółami widać… szwy. Szwy, które spajają jeden wątek z drugim, jedną postać z drugą, scenę ze sceną, dialog z dialogiem. Anna Kańtoch tworzy misterną fabułę – jej elementy jak wieża z klocków tworzą pokaźną konstrukcję, budynek, któremu jednak brakuje wykończenia. To ciekawe, czytając wcześniejsze teksty autorki nigdy nie odniosłam takiego wrażenia. Jej utwory raczej mnie zaskakiwały (bądź wgniatały w fotel)… a w „Łasce” niestety wiedziałam „kto zabił” od niemal samego początku, odkąd postać pojawiła się na łamach książki. Albo za dobrze znam pisarstwo autorki, albo ona sama niezbyt udanie zamaskowała owe szwy. Obstawiam to drugie, geniuszem nie jestem. Przypuszczalnie owo jednoznaczne odejście od estetyki fantastycznej (brak niesamowitości) sprawiło, iż autorka nie potrafiła znaleźć innego sposobu, by rozproszyć czytelnika, oderwać go od patrzenia na owe łączenia. Na szczęście jest to kwestia wprawy, umiejętności, które można nabyć i rozwijać je z każdym kolejnym tekstem.

Na koniec przyznam szczerze – spodziewałam się większej dawki mroku. Początkowo miałam ochotę po prostu na dobry kryminał ale w oczekiwaniu na premierę, podsycane opisami fabuły, moje oczekiwania wzrastały. I tak „Łaska” okazała się dla mnie niewystarczająco ciężka, mroczna i…wstrząsająca. Ale przecież liczne recenzje głoszą, iż jest to powieść bardzo mocna i poruszająca trudne tematy. Może dopadła mnie już kryminalna znieczulica. Może następnym razem powinnam mieć mniejsze oczekiwania i po prostu cieszyć się z naprawdę dobrego kawałka solidnej literatury.
Niemniej wszystkim polecam.

[popkultura] [polecam] Marcowe zmagania i przestoje. „Magonia”, Konatkowski i „Nocny recepcjonista”

Przychodzi wiosna i wszyscy piszczą: kaczuszki, żonkilki, słoneczko. Zachęcona tymi okrzykami radości wychyliłam głowę z zimowego kokonu i to był… błąd. Wiosna przywitała mnie uderzeniem w splot słoneczny i poprawiła ciosem w zęby. Serio, nie znoszę Wiosny. To jest czas kiedy są święta, ale nie ma prezentów.
Przyznam szczerze, że nadal nie powróciłam do postawy wyprostowanej – Herbert patrzy z góry i kręci głową z dezaprobatą – ale przynajmniej siedzę stabilnie. Było dokładnie tak jak napisałam, nic nie hiperbolizuje. Byłam pobita, zmęczona i jałowa jak krakowska ziemia, ale już nie jestem… nawadniam się odpowiednio.

W tym strasznym czasie skończyłam czytać „Łaskę”, napisałam recenzję „Magonii” Marii D. Headley, która powinna pojawić się w najnowszym numerze Creatio Fantastica i przeprowadziłam ciekawy wywiad również dla CF.

Od ponad trzech tygodni zmagam się z powieścią Tomasza Konatkowskiego „Przystanek śmierć” – nigdy tak długo nie czytałam książki i mimo iż jest całkiem poprawna raczej nie sięgnę po kolejne teksty tego autora. Brak w tym utworze pasji (wierzę, że jest to całkiem obiektywne określenie). Książka nad którą siedzę od prawie miesiąca i jeszcze nie została przeze mnie rzucona w kąt ze złością musi być doskonale nijaka – czy może lepiej – poprawna. Bo „Przystanek śmierć” jest poprawnym tekstem, dobrze skrojonym, świetnym od strony językowej, fabularnie znośny. I nic więcej.

O szybsze bycie serca w tym okresie marazmu przyprawiał mnie za to mini serial „Nocny recepcjonista” z Tomem Hiddlestonem w roli głównej. Jest to taki Bond do potęgi entej. Seria powstała na podstawie książki, co widać, bo brak jej typowych telewizyjnych zapychaczy i spokojnie mogłaby wygrać z obrazami takimi jak „Skyfall”(2012) czy „Casino Royale”(2006). Ostatecznie w światku maniaków filmowych zaczyna się szeptać, że Hiddleston mógłby spokojnie zastąpić Craiga, ale przypomnijmy, że problem „Spectre”(2015) nie leżał w aktorze tylko w fabule (i głównej aktorce). Hiddlestona zobaczymy niebawem w innej, dobrze się zapowiadającej produkcji – „High-Rise” polska premiera 14 kwietnia.

[publikacja] [popkultura]”Les Revenants”, czyli francuska odpowiedź na amerykańskie zombie?

Już prawie pół roku minęło odkąd podjęłam decyzję o „nie pójściu na doktorat”. Powodów owego „nie pójścia” nie zliczę na palcach jednej ręki, jak zwykłam mawiać jest wiele zmiennych.

Pięć lat studiów zleciało jak rok, ale nie był to czas stracony. Uzbierałam masę doświadczeń, zrobiłam sporo fajnych rzeczy i kilka niefajnych (żeby nie popaść w samozachwyt).
Współpraca z Ośrodkiem Badawczym Facta Ficta była jedną z tych przyjemnych przygód, a publikacja w tomie pokonferencyjnym „Zombie w kulturze” pod redakcją dr Ksenii Olkusz jest zwieńczeniem o jakim kiedyś nawet nie marzyłam.
Zdaje się, że już kiedyś wspominałam o serii „Les Revenants” – polecałam serial wszystkim zombiofilom, chwaliłam się wystąpieniem w Katowicach etc. Poniżej artykuł naukowy – pokłosie mojej pracy:

Lidia Prokopowicz, Les Revenants

Powinien się ukazać jeszcze jeden artykuł poświęcony prozie Anny Kańtoch, ale to w  bliżej nieokreślonej przyszłości. 🙂

[kultura i literatura] Czytam „Pocisk”, „Łaskę” i zwiedzam Wrocław

  1. Na „Pocisk”, nowy magazyn literacko-kryminalny, trafiłam zupełnie nie przypadkiem. Mojego fejsukowego walla po prostu zalały informacje o tym, że jest już dostępny. Na własnej skórze poczułam siłę mediów społecznościowych (które wreszcie się do czegoś przydały).

Cudownie, że na polskim rynku pojawił się nowy magazyn związany z literaturą i kulturą popularną. Świetnie, że jest solidnie wydany, związane są z nim konkretne, rozpoznawalne nazwiska i od razu wystartował z potężną mocą. Pierwszy numer „Pocisku” przeczytałam od deski do deski. Pozytywnie zaskoczył mnie dział „Z Archiwum X” i mam nadzieję, że będzie to stała pozycja w piśmie. Warto także zwrócić uwagę na trzy (!) opowiadania. To prawdziwa gratka dla fanów kryminalnych miniaturek. Mi najbardziej podobał się tekst Niny Wum, dowcip goni dowcip, a treść współgra z krótką formą (czego nie można powiedzieć o opowiadaniu Łukasza Orbitowskiego, które pozostawia zbyt duży niedosyt). Żartem z konwencji jest utwór Kazimierza Kyrcza i Michała Walczaka, najsłabszy z zamieszczonych w numerze, co nie oznacza, że całkiem „słaby”. Ogólnie duży plus i czekam na więcej.

2. Czytam „Łaskę” i zwiedzam Wrocław… boli mnie to, że chce czytać, a trzeba zwiedzać – mamę zabrać w te wszystkie fajne miejsca, zrobić te wszystkie fajne zdjęcia. Dobrze, że znalazłyśmy kryminalną (sic!) księgarnio-kawiarnie [SPEAKEASY] 🙂

[polecam] Niedługo premiera „Łaski” Anny Kańtoch

Datę premiery powieści „Łaska” mam wpisaną w kalendarz. Oczywistym jest, że na książkę czekam i choć nie zwykłam przeżywać zbytnio premier literackich, w tym przypadku będzie inaczej. Mam dobre przeczucia.
Nie musicie wierzyć mi na słowo – przez dwa lata badałam uważnie prozę Anny Kańtoch (czego efektem była całkiem zadowalająca praca magisterska) i nie dało się nie zauważyć tendencji zwyżkowych. Wskazanie owej poprawy jakości i walorów przypłaciłam potężną dawką krytyki, ale dziś mogę po prostu stwierdzić: z roku na rok, z książki na książkę Anna Kańtoch pisze lepiej. Cudownie, że wreszcie zdecydowała się na kryminał (bez fantastyki).

Na portalu Zbrodnicze Siostrzyczki możecie przeczytać fragment powieści. Poniżej, krótki filmik, w którym Anna Kańtoch mówi o swojej najnowszej powieści:

A zainteresowanych odsyłam do wywiadu, który przeprowadziłam z autorką, dla pisma Creatio Fantastica.

[Dziki POP w autobusie] O miłości i roztrzaskanych lustrach

Kto ma rację i gdzie leży prawda? Czy rzeczywiście nasze życie sprowadza się do poszukiwania tak zwanej drugiej połówki? Czy rację miał Platon pisząc o teorii androgyne? Czy realnym sukcesem jest znalezienie jednej osoby (miłości) na całe życie? Te i inne pytania dręczyły mnie w czasie mojej cowtorkowej, godzinnej przejażdżki autobusem… Zaczęło się od rozważań na temat prezentowanych przez kulturę japońską wyobrażeń o miłości – bohaterka Spirited away: W krainie bogów (2001) ma wyraźne lecz nie jednoznaczne koneksje z rzeką; nie ma w tej produkcji typowego happyendu, a jedynie zapewnienie, że istnieją w tym samy świecie. A potem przypomniałam sobie o Królowej Śniegu H. CH. Andersena i opowieści o lustrze czarnoksiężnika.

” CZARODZIEJSKIE ZWIERCIADŁO

Żył sobie niegdyś bardzo złośliwy czarodziej. Całą jego przyjemnością było dokuczać ludziom, czynić źle, ze wszystkiego się wyśmiewać i każdą rzecz przedstawiać z najgorszej strony. Wymyślił wreszcie i zrobił takie sztuczne zwierciadło¹, iż wszystkie rzeczy piękne i dobre wyglądały w nim szkaradnie, a nawet śmiesznie, ponieważ były wykrzywione, zamazane, niewyraźne — za to złe rzeczy widać w nim było doskonale. Tym sposobem cały świat w tym zwierciadle był brzydki i zły, a nic na nim nie było pięknego. Czarodziej klaskał w dłonie i śmiał się ze swego figla, a źli jego uczniowie porwali zwierciadło i biegali z nim wszędzie, podstawiając je ludziom znienacka przed oczy i cieszyli się, i śmiali, kiedy przerażony człowiek zasłaniał oczy ręką; a potem nieraz sam nie wiedział, który świat jest prawdziwy: czy ten, który ogląda co dzień, czy tamten, który ujrzał w zaklętym zwierciadle? I tacy ludzie byli bardzo nieszczęśliwi, a było ich coraz więcej. Cieszył się zły czarodziej, ale to mu nie wystarczało. Uczniowie jego postanowili zanieść zwierciadło aż do nieba. Niechże i aniołowie spojrzą w nie choć raz jeden. To byłaby uciecha! A może i sam Pan Bóg — — I zaczęli lecieć do góry. Bardzo im było trudno, a jeszcze z tak ciężkim zwierciadłem — zaledwie mogli utrzymać je w rękach… O, daleko do nieba! Aż im pot okrył czoła, a ręce drżeć zaczęły. Wtem, trrrach! I ciężkie lustro z takiej wysokości brzdęk aż na ziemię! Naturalnie w mgnieniu oka rozprysnęło się na miliony, miliony drobnych szczątków, na nieskończoną ilość czarodziejskiego pyłku, który rozleciał się na wszystkie strony. Ale to właśnie było najgorsze nieszczęście! Zamiast jednego lustra, były ich teraz miliony; rozproszyły się wszędzie, a w każdym najmniejszym kawałeczku, choćby drobnym jak ziarnko piasku, widać było świat cały szkaradny, śmieszny, wykrzywiony. Jeżeli taki proszek wpadł komu do oka, to człowiek ten wszystko już widział zmienione i nie mógł dostrzec koło siebie nic dobrego, nic pięknego! Za to najgorsze rzeczy widział jasno i wyraźnie, więc wszystko złem było dla niego. Gorzej jeszcze, jeżeli okruszyna lustra wpadła komu do serca. Nieszczęśliwy tracił uczucie: serce jego stawało się kawałkiem lodu, nikogo kochać nie mógł, wszyscy byli dla niego obcy, obojętni. Z większych kawałków porobiono szyby, z innych szkła do okularów, a mnóstwo jeszcze krążyło w powietrzu — wiatr je roznosił wciąż dalej i dalej, i naturalnie coraz więcej ludzi stawało się nieszczęśliwymi kalekami.*”

Jadę autobusem i wyobrażam sobie, że luster musiało być więcej i że nie wszystkie były złe. Dawno temu w miejscu, które niektórzy zwykli nazywać rajem, musiało stać piękne zwierciadło dzięki, któremu świat stawał się lepszy. Szczęśliwcy przebywający w niebie, mogli spoglądać w nie bez końca i widzieć jedynie miłość i wszelkie cudowności. Jak to zwykle jednak bywa, lustro zostało zabrane przez tego, który sens widzi tylko w nieustającym buncie. On właśnie zapragnął mieć je u siebie, tęsknił bowiem za widokami malowanymi na magicznym szkle. Zwierciadło, jak łatwo się domyślić, nie przetrwało podróży z nieba, roztrzaskało mu się w dłoniach raniąc go okrutnie i milionami małych kawałków spadając na ziemię. Jeżeli taki kawałeczek wpadł komu do oka, to człowiek ten wszystko już widział zmienione i wszędzie widział w koło piękno. Najlepiej, jeżeli okruszyna lustra wpadła komu do serca. Zyskiwał on wszelkie uczucia: serce jego stawało się gorącą lawą, wielu kochał, wszyscy byli dla niego bliscy. 

Wyobrażam sobie, że część okruch osiadła na gwiazdach, część stale niesie wiatr, niektóre tkwią w jeziorach, morzach i górskich strumieniach – dlatego czasami czujemy niewypowiedziane szczęście obcując ze światem.
Wyobrażam sobie, że niekiedy udaje nam się dostrzec te okruchy w oczach innych ludzi i tak rodzi się uczucie, miłość i przyjaźń – w im więcej oczu patrzymy tym bliżej nam do pełni szczęścia.
Wyobrażam sobie, że niektóre okruchy zwierciadła splamione zostały krwią złodzieja. One sprawiają, iż pragniemy walczyć.
I wyobrażam sobie, że nie ma już po co biec na ślepo w stronę raju, wszystko jest tu.

Wysiadam z autobusu i… czuję jak bardzo zgłodniałam. 

*Źródło: wolnelektury.pl