[recenzja] „Łaska” Anny Kańtoch

„Łaska” Anny Kańtoch była powieścią, na którą czekałam odkąd tylko autorka na swoim blogu zapowiedziała jej premierę. Nie ukrywam, że w owym „pierwszym pozbawionym fantastyki tekście” pokładałam wielkie nadzieje. Tym samym weźcie poprawkę na zawyżone wymagania względem tego utworu – nie w każdym aspekcie autorce udało się sprostać moim wyobrażeniom (co oczywiście jest tylko i wyłącznie moją winą).

laska_front
źródło: czarne.com.pl

Niewątpliwym plusem powieści są barwnie (szaro, szarzej, najszarzej, czarno) opisane realia małego, dolnośląskiego miasteczka z początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Na każdym kroku czuć PRL, a dla kogoś kto tak jak ja dorastał już po ’89, ważny jest każdy szczegół budujący otoczenie. Z drugiej strony autorka nie sili się na pokazanie czytelnikowi, „jak strasznie było wtedy i jak cudownie jest dzisiaj” – pewne elementy polskiego krajobrazu nigdy nie uległy zmianie. Ludzie się nie zmienili. Życie małych miasteczek i blokowisk toczy się tym samym rytmem. Rodzice za nic mają swoje dzieci a one odpłacają im tym samy. Nauczyciele chodzą napędzani ostatkiem sił (jednak zawsze znajdują czas i energię na plotki) a młodzież nic innego nie robi tylko kombinuje jak wpaść w tarapaty. To zwyczajne, ale barwne życie w sposób perfekcyjny udało się oddać autorce w toku powieści.

Jednak mimo mnogości charakterów, mimo całego nasycenia szczegółami widać… szwy. Szwy, które spajają jeden wątek z drugim, jedną postać z drugą, scenę ze sceną, dialog z dialogiem. Anna Kańtoch tworzy misterną fabułę – jej elementy jak wieża z klocków tworzą pokaźną konstrukcję, budynek, któremu jednak brakuje wykończenia. To ciekawe, czytając wcześniejsze teksty autorki nigdy nie odniosłam takiego wrażenia. Jej utwory raczej mnie zaskakiwały (bądź wgniatały w fotel)… a w „Łasce” niestety wiedziałam „kto zabił” od niemal samego początku, odkąd postać pojawiła się na łamach książki. Albo za dobrze znam pisarstwo autorki, albo ona sama niezbyt udanie zamaskowała owe szwy. Obstawiam to drugie, geniuszem nie jestem. Przypuszczalnie owo jednoznaczne odejście od estetyki fantastycznej (brak niesamowitości) sprawiło, iż autorka nie potrafiła znaleźć innego sposobu, by rozproszyć czytelnika, oderwać go od patrzenia na owe łączenia. Na szczęście jest to kwestia wprawy, umiejętności, które można nabyć i rozwijać je z każdym kolejnym tekstem.

Na koniec przyznam szczerze – spodziewałam się większej dawki mroku. Początkowo miałam ochotę po prostu na dobry kryminał ale w oczekiwaniu na premierę, podsycane opisami fabuły, moje oczekiwania wzrastały. I tak „Łaska” okazała się dla mnie niewystarczająco ciężka, mroczna i…wstrząsająca. Ale przecież liczne recenzje głoszą, iż jest to powieść bardzo mocna i poruszająca trudne tematy. Może dopadła mnie już kryminalna znieczulica. Może następnym razem powinnam mieć mniejsze oczekiwania i po prostu cieszyć się z naprawdę dobrego kawałka solidnej literatury.
Niemniej wszystkim polecam.

Reklamy

[popkultura] [polecam] Marcowe zmagania i przestoje. „Magonia”, Konatkowski i „Nocny recepcjonista”

Przychodzi wiosna i wszyscy piszczą: kaczuszki, żonkilki, słoneczko. Zachęcona tymi okrzykami radości wychyliłam głowę z zimowego kokonu i to był… błąd. Wiosna przywitała mnie uderzeniem w splot słoneczny i poprawiła ciosem w zęby. Serio, nie znoszę Wiosny. To jest czas kiedy są święta, ale nie ma prezentów.
Przyznam szczerze, że nadal nie powróciłam do postawy wyprostowanej – Herbert patrzy z góry i kręci głową z dezaprobatą – ale przynajmniej siedzę stabilnie. Było dokładnie tak jak napisałam, nic nie hiperbolizuje. Byłam pobita, zmęczona i jałowa jak krakowska ziemia, ale już nie jestem… nawadniam się odpowiednio.

W tym strasznym czasie skończyłam czytać „Łaskę”, napisałam recenzję „Magonii” Marii D. Headley, która powinna pojawić się w najnowszym numerze Creatio Fantastica i przeprowadziłam ciekawy wywiad również dla CF.

Od ponad trzech tygodni zmagam się z powieścią Tomasza Konatkowskiego „Przystanek śmierć” – nigdy tak długo nie czytałam książki i mimo iż jest całkiem poprawna raczej nie sięgnę po kolejne teksty tego autora. Brak w tym utworze pasji (wierzę, że jest to całkiem obiektywne określenie). Książka nad którą siedzę od prawie miesiąca i jeszcze nie została przeze mnie rzucona w kąt ze złością musi być doskonale nijaka – czy może lepiej – poprawna. Bo „Przystanek śmierć” jest poprawnym tekstem, dobrze skrojonym, świetnym od strony językowej, fabularnie znośny. I nic więcej.

O szybsze bycie serca w tym okresie marazmu przyprawiał mnie za to mini serial „Nocny recepcjonista” z Tomem Hiddlestonem w roli głównej. Jest to taki Bond do potęgi entej. Seria powstała na podstawie książki, co widać, bo brak jej typowych telewizyjnych zapychaczy i spokojnie mogłaby wygrać z obrazami takimi jak „Skyfall”(2012) czy „Casino Royale”(2006). Ostatecznie w światku maniaków filmowych zaczyna się szeptać, że Hiddleston mógłby spokojnie zastąpić Craiga, ale przypomnijmy, że problem „Spectre”(2015) nie leżał w aktorze tylko w fabule (i głównej aktorce). Hiddlestona zobaczymy niebawem w innej, dobrze się zapowiadającej produkcji – „High-Rise” polska premiera 14 kwietnia.

[publikacja] [popkultura]”Les Revenants”, czyli francuska odpowiedź na amerykańskie zombie?

Już prawie pół roku minęło odkąd podjęłam decyzję o „nie pójściu na doktorat”. Powodów owego „nie pójścia” nie zliczę na palcach jednej ręki, jak zwykłam mawiać jest wiele zmiennych.

Pięć lat studiów zleciało jak rok, ale nie był to czas stracony. Uzbierałam masę doświadczeń, zrobiłam sporo fajnych rzeczy i kilka niefajnych (żeby nie popaść w samozachwyt).
Współpraca z Ośrodkiem Badawczym Facta Ficta była jedną z tych przyjemnych przygód, a publikacja w tomie pokonferencyjnym „Zombie w kulturze” pod redakcją dr Ksenii Olkusz jest zwieńczeniem o jakim kiedyś nawet nie marzyłam.
Zdaje się, że już kiedyś wspominałam o serii „Les Revenants” – polecałam serial wszystkim zombiofilom, chwaliłam się wystąpieniem w Katowicach etc. Poniżej artykuł naukowy – pokłosie mojej pracy:

Lidia Prokopowicz, Les Revenants

Powinien się ukazać jeszcze jeden artykuł poświęcony prozie Anny Kańtoch, ale to w  bliżej nieokreślonej przyszłości. 🙂

[kultura i literatura] Czytam „Pocisk”, „Łaskę” i zwiedzam Wrocław

  1. Na „Pocisk”, nowy magazyn literacko-kryminalny, trafiłam zupełnie nie przypadkiem. Mojego fejsukowego walla po prostu zalały informacje o tym, że jest już dostępny. Na własnej skórze poczułam siłę mediów społecznościowych (które wreszcie się do czegoś przydały).

Cudownie, że na polskim rynku pojawił się nowy magazyn związany z literaturą i kulturą popularną. Świetnie, że jest solidnie wydany, związane są z nim konkretne, rozpoznawalne nazwiska i od razu wystartował z potężną mocą. Pierwszy numer „Pocisku” przeczytałam od deski do deski. Pozytywnie zaskoczył mnie dział „Z Archiwum X” i mam nadzieję, że będzie to stała pozycja w piśmie. Warto także zwrócić uwagę na trzy (!) opowiadania. To prawdziwa gratka dla fanów kryminalnych miniaturek. Mi najbardziej podobał się tekst Niny Wum, dowcip goni dowcip, a treść współgra z krótką formą (czego nie można powiedzieć o opowiadaniu Łukasza Orbitowskiego, które pozostawia zbyt duży niedosyt). Żartem z konwencji jest utwór Kazimierza Kyrcza i Michała Walczaka, najsłabszy z zamieszczonych w numerze, co nie oznacza, że całkiem „słaby”. Ogólnie duży plus i czekam na więcej.

2. Czytam „Łaskę” i zwiedzam Wrocław… boli mnie to, że chce czytać, a trzeba zwiedzać – mamę zabrać w te wszystkie fajne miejsca, zrobić te wszystkie fajne zdjęcia. Dobrze, że znalazłyśmy kryminalną (sic!) księgarnio-kawiarnie [SPEAKEASY] 🙂

[polecam] Niedługo premiera „Łaski” Anny Kańtoch

Datę premiery powieści „Łaska” mam wpisaną w kalendarz. Oczywistym jest, że na książkę czekam i choć nie zwykłam przeżywać zbytnio premier literackich, w tym przypadku będzie inaczej. Mam dobre przeczucia.
Nie musicie wierzyć mi na słowo – przez dwa lata badałam uważnie prozę Anny Kańtoch (czego efektem była całkiem zadowalająca praca magisterska) i nie dało się nie zauważyć tendencji zwyżkowych. Wskazanie owej poprawy jakości i walorów przypłaciłam potężną dawką krytyki, ale dziś mogę po prostu stwierdzić: z roku na rok, z książki na książkę Anna Kańtoch pisze lepiej. Cudownie, że wreszcie zdecydowała się na kryminał (bez fantastyki).

Na portalu Zbrodnicze Siostrzyczki możecie przeczytać fragment powieści. Poniżej, krótki filmik, w którym Anna Kańtoch mówi o swojej najnowszej powieści:

A zainteresowanych odsyłam do wywiadu, który przeprowadziłam z autorką, dla pisma Creatio Fantastica.

Subiektywny przegląd filmów Oscarowych

Miało być dziś POP, ale przypomniałam sobie, że od pewnego czasu zmagam się z filmami nominowanymi do Oscarów i oto (pierwsza) garść moich przemyśleń:

Marsjanin (2015) – nominacje: m.in. najlepszy film, najlepszy aktor pierwszoplanowy, najlepszy scenariusz adaptowany ( w sumie 7 nominacji).
Cudowna rola Matta Damona, który sadzi ziemniaczki na własnej kupie. Nie wiem, czy nie pierwsza kosmiczna komedia jaką w życiu oglądałam. Na początku w ogóle myślałam, że będzie to jeden z tych filmów, obok których przechodzę obojętnie. Kolejny astronauta kona w kosmosie. Myliłam się – z każdą minutą bawiłam się lepiej. Nie sądzę jednak, by Marsjanin miał realną szansę na zgarnięcie dwóch pierwszych nagród… Za mało w nim konania właśnie.

73387_1.12
źródło: filmweb.pl

Zjawa (2015) – nominacje: m.in. najlepszy film, najlepszy aktor pierwszoplanowy, najlepszy aktor drugoplanowy, najlepszy reżyser (w sumie 12 nominacji).
Zjawa z Leonardem DiCaprio jest niewątpliwym faworytem tego rocznych rozdań. Wszyscy trzymają kciuki za Leo, by wreszcie zgarnął tego wymarzonego Oscara. Niech mu już go dadzą! Bo jeśli morderczy niedźwiedź nie przekona jury to co? Co Leo ma jeszcze zrobić? I tak zdycha i jęczy pół filmu… Przyznam się szczerze, oglądanie Zjawy było istną gehenną, w myślach nazywam tego typu produkcje „filmami o czołganiu się”, aktor się czołga i widz też się czołga. Ale jest konanie – Oscary murowane!

Dziewczyna z portretu (2015) – nominacje: m.in. najlepszy aktor pierwszoplanowy, najlepsza aktorka drugoplanowa ( w sumie 4 nominacje).
Czarowny film i zarówno Eddie Redmayne jak i Alicia Vikander zasługują na nagrody. Nic dodać nic ująć. Może tylko szkoda, że postać Gerdy Wegener została tak okrutnie… wykastrowana? tak, to dobre słowo. Gerda Wegener miała niewątpliwy wpływ na osobowość swojego męża i wystarczy spojrzeć na jej grafiki, by nie mieć wątpliwości, jak bardzo musiała sobie cenić jego kobiecą stronę. Film, który jest ekranizacją powieści autorstwa Davida Ebershoffa, niemal zupełnie pomija ten aspekt historii małżeństwa Wegener, czyniąc z Gerdy przede wszystkim ofiarę oszustwa. Oscar będzie… jeden pro forma, za kostiumy. 

A jak wy oceniacie powyższe produkcje? Macie swoich faworytów? Piszcie koniecznie!

[polecam] Filmy na zimowy wieczór

Bez zbędnych wstępów. Śnieżek/ deszczyk/ zimno za oknem? Polecam kocyk, kakao i dobry film.

  1. Łowca trolli (2010) – zimna Norwegia, trójka studentów zbiera materiał na temat kłusowników polujących na niedźwiedzie. Dziennikarskie śledztwo prowadzi ich w ślad za tajemniczym Hansem prosto w głąb lasu. (Uwielbiam ten film za niezwykły klimat paradokumentu – zero przegięcia, idealny.)

  2. Słaby punkt (2007) – to przykład dobrego, „tradycyjnego” kina. Anthony Hopkins w roli wyrachowanego mordercy oraz Ryan Gosling jako prokurator. Dużo filmowej satysfakcji.

  3. And Then There Were None (2015-) – mini serial stanowiący ekranizację książki Agathy Christie znanej pod wieloma tytułami – „I nie było już nikogo”, „Dziesięciu Murzynków” i „Dziesięciu żołnierzyków”. 3 odcinki w sam raz na długi, zimny wieczór.

„Recenzje z Lubimy Czytać” i Wielki Kanon

20 września 20xx roku (piątek)

To już dziesiąte w tym roku szkolnym zajęcia z Wielkiego Kanonu. Uczniowie doskonale wiedzą co robić i gdy wchodzę do klasy siedzą mniej więcej równo i grzecznie przy swoich nieskazitelnie białych ławkach. Na mój znak, ci co jeszcze tego nie zrobili, wyciągają tablety i uruchamiają odpowiednią aplikacje. Ja odpalam komputer stacjonarny i wszyscy z równym napięciem czekamy, aż na naszej multimedialnej tablicy pojawi się ekran powitalny. Na tym etapie już nikt nie rozmawia.

O Wielkim Kanonie nie dyskutujemy już od ponad 10 lat. Specjalny kurs dokształcający dla nauczycieli otworzył przed nami nową drogę nauczania.

Fiodor Dostojewski „Zbrodnia i kara” – kolejne obrazy i kolejne informacje pojawiają się przed naszymi oczami w idealnym, skrojonym specjalnie dla młodych mózgów czasie. Dla mnie trochę za wolno przewija się tekst, trochę za szybko znikają obrazy, to znak, że wszystko jest odpowiednio dla moich Uczniów. Uczniowie w ciszy skanują kody QR, dzięki czemu informacje wędrują na ich tablety. Ja siedzę.

Pamiętam czasy kiedy o Wielkim Kanonie się rozmawiało, ktoś mówił „Nudny Pan Tadeusz”, ktoś inny stwierdzał „Nie podoba mi się Zbrodnia i Kara, nie lubię tekstów, w których od razu wiadomo kto zabił”. W tych czasach nakłaniało się Uczniów do czytania Wielkiego Kanonu, który wówczas był mały i zmienny. Kiedy przeprowadzono referendum i większość zgodziła się, by Kanon był Jeden i powszechnie znany, szybko pojawił się pomysł nauczania o książkach a nie ich czytania. I tak od ponad 10 lat nikt nie kala Wielkiego Kanonu własną interpretacją czy opinią.

Kanon jest Jeden, Interpretacja jest Jedna, Wiedza jest Jedna. 
Koniec lekcji.”

Mam szczerą nadzieję, że wizja ta nigdy się nie spełni. Wierzcie mi jednak, że jak słucham głosów wokół dyskusji o recenzjach z Lubimy Czytać, w mojej głowie rodzą się tylko takie obrazy. Wielki Kanon – nikt nie dyskutuje, „Słowacki wielkim poetą był”. Oczywiście inicjatywa oddolna. Sami sobie zakładamy kaganiec. Naszym narzędziem nauczyciele – argument: to nie wina tych ludzi, że im się nie podobał „Pan Tadeusz”, nikt ich dobrze nie nauczył – tak więc będziemy uczyć: Kanon jest Jeden, Interpretacja jest Jedna, Wiedza jest Jedna. 

Zawsze byłam zwolenniczką wyrażania własnego zdania, odwagi cywilnej, prawdy powiedzianej prosto z mostu, prosto w oczy. Dopuszczam myśl, że komuś mogła się nie podobać „Zbrodnia i kara”, cieszę się, jak umie to wyrazić. Dzięki temu może trwać dyskusja na temat literatury, która być może da początek nowym tekstom i nowym prądom. Niech umilkną prześmiewcy, którzy chcą nasz świat zamknąć w prostych, narzuconych siłą formach! Z drugiej strony dziękuję temu kto stworzył ten profil – jeśli plotka o Tobie ma w sobie odrobinę prawdy, zapewne siedzisz i śmiejesz się po równo z obu stron – za poruszenie niezwykle ważnego tematu. 

„Gone girl” i zmiany, zmiany!

Ostatnio, całkiem przypadkiem, wpadły mi  w ręce „Książki. Magazyn do czytania”, oczywiście od Wyborczej. Magazyn ten ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazał się niezwykle ciekawy, poczytny i pocieszny. [Z przerażeniem niemałym uświadamiam sobie, że jak tak dalej pójdzie, zamienię się w moją  byłą polonistkę, która dyżurowała na korytarzu ostentacyjnie czytając Wyborczą właśnie… ]
Czytam Książki i oczywiście dział „Kryminały. Pod choinkę” Jest tam recenzyjka Mrocznego Zakątka Gillian Flynn, a w niej słowa:

Amy z „Zaginionej dziewczyny” jest zimną, kalkulującą  psychopatką [1].

Zaginiona dziewczynamyślę, to ten nudny film, którego nie do oglądałam, ale czy Amy to nie była ta właśnie zaginiona dziewczyna? I tak oto objawił mi się spoiler tygodnia, który jednak nie zniechęcił mnie, a nakłonił do ponownego podejścia do filmu Gone girl (2014). Jak psychopatka to coś z tego będzie!

Cóż… film jednak okazał się pomyłką. Jestem w pełni świadoma wszystkich zachwytów i pozytywnych recenzji jakie mu towarzyszą, mi jednak wydał się po prostu miałki. Przypuszczam, że książka mogła dostarczać czytelnikom więcej opisów emocji, niż jej adaptacja, która jest przykładem na czysty, suchy jak wiór matematyczny wzór na przewrotność. Przewrotność fabuły. Ja się czepiam, a przecież ten scenariusz został nagrodzony… Ani On, grany przez Afflecka, ani Ona – nagrodzona za tę rolę Rosamunda Pike – nie są nawet odrobinę zaradni. On nie zna własnej żony i daje się wciągnąć w jej chore gierki, a ona, tak przewrotnie wszystko zaplanowała, ale nie wpadła na to, że zostanie obrabowana… ja nie przeczę, że ta produkcja może się komuś podobać, jednak ja mówię jej „NIE”. 

Zmiany, zmiany…

Zmieniłam motyw. Pojawiła się jeszcze jedna strona „Filmy i seriale 2016” i jest to kolejna próba ogarnięcia zalewu treści jaki sobie funduje.
Mam ferie. Możecie się spodziewać więcej postów. 

[1] K. Wężyk, Zima z gorącymi zwłokami, „Książki. Magazyn do czytania” nr 4 (19), grudzień 2015, s. 28.